Strony

4 lut 2012

Nie - pewność IV


 

 

 

 

 

Zbliżał się czas świąt, chciałam pojechać do domu rodzinnego, do Polski. W momencie dotarcia na stare śmieci, poczułam ogromną ulgę i radość.  Na widok ukochanego domu wyrzuciłam całą tęsknotę, jaką kryłam w sobie od dnia wyjazdu.  

W niepamięć poszły kłótnie, nieporozumienia dzielące mnie z mamą. Jej twarz przepełniała radość.                 


- Sylwia odpocznij, a ja przygotuje obiad - słowa mamy brzmiały jak muzyka, która koiła rany.                                                                                       


Mój pokój mieścił się na poddaszu, nie przerażał wielkością. Wchodząc do niego zauważyłam dawny urok. Przez okno dachowe wpadały promienie słońca, na ścianach wisiały stare plakaty moich idoli, półki zajmowały stery gazet i książek. Na biurku stało zdjęcie „paczki” z lat szkolnych.


 Mój wzrok utkwił na dużym, oprawionym w skórę albumie. Przeglądałam go z takim zapałem, jakbym nigdy nie widziała tych zdjęć. Szczególną uwagę zwróciłam na fotkę ze studniówki. Stałam przytulona do Michała. Poczułam lekkie ukłucie w sercu. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, życie u jego boku. Otrząsnęłam się. Nie mogłam cofnąć czasu, ani zmienić podjętych decyzji.        


Czas spędzony w domu, to okres  wspomnień, rozmyślań i odwiedzania  miejsc, za którymi tęskniłam. Spacerując po białym, skrzypiącym śniegu, zastanawiałam się nad swoim przeznaczeniem, w które zaczynałam wierzyć.


Podczas pobytu w domu odwiedzałam starych znajomych. Jednak rozmowy się nie kleiły. Większość założyła rodziny, żyła swoimi sprawami, problemami Nie pasowałam do nich. Byłam już zgubionym i nie pasującym do reszty klockiem.


Należałam już do innego świata, który bardzo mi się podobał i do którego mnie ciągnęło.       


 Zaproszenie na Sylwestra dostałam od kuzynki. Razem z przyjaciółmi urządzali małą imprezę.

Do Londynu wróciłam po Nowym Roku.                                                                                         
Moja przyjaciółka Ania poznała chłopaka i z nim zamieszkała. Ja zostałam sama jak palec w dużym mieście.                                                                         

Często spacerowałam po parku, który był ulicę dalej od mojego mieszkania. Podczas  jednej takiej przechadzki, zobaczyłam małego kotka. Wyglądał żałośnie i nie miał ,gdzie się ukryć  przed padającym deszczem. Zrobiło mi się żal tego małego stworzenia. Zabrałam go do domu i nazwałam Kruszyna.


Bardzo polubiłam kociego współlokatora, jednak pierwsze dni jego pobytu były okropne. Skakał po meblach, miauczał, pozadzierał swoimi ostrymi pazurami łóżko. Kiedy jadłam, wskakiwał na stół i wpychał pyszczek do talerzyka, z którego jadłam.


Musiałam wykazać się wielką cierpliwością. Moje starania z czasem przyniosły efekty. Kruszyna nauczył się jeść ze swojej miski, nie ostrzył pazurów na łóżku i witał mnie jak wracałam do domu. W maju dostałam zaproszenie na ślub Anulki  (tak na nią mówiłam)  była bardzo szczęśliwa. W duszy zazdrościłam jej tej radości, ale miałam nadzieje, że związek w jaki wchodziła będzie udany. Chociaż straciłam pokrewną duszę, cieszyłam się jej szczęściem. Wiedziała  o tym. 


Na weselu poznałam Andresa, biznesmena o grubym portfelu, starszym i bardziej dojrzałym. Był posiadaczem pięknego domu w Kalifornii, ogromnego apartamentu w Londynie. Uwielbiał konie i posiadał kilka okazałych sztuk. Nie zapomnę jak po raz pierwszy zabrał mnie, do stadniny na przejażdżkę.


Na początku, niepewnym krokiem zbliżałam się do klaczy imieniem Błyskawica. Była naprawdę piękna. Czarna jak smoła o długich nogach. Oczy miała jak dwa kamienie błyszczące w słońcu, przedzielone białą łatką przypominającą błyskawicę. Na pewno przez to, dostała takie imię. Kiedy skierowała głowę w moją stronę szybko zabrałam rękę, obawiałam się, że mnie ugryzie. W tym momencie przypomniał mi się koń mojego dziadka. Przypominał Błyskawicę. Miał jedną wagę -  okropnie gryzł, jedynie dziadek był bezpieczny w jego towarzystwie. Jakimś cudem przełamałam strach i wsiadłam na klacz. Wspaniałe uczucie.


 Często bywałam na przyjęciach. Poznałam wielu znaczących bankowców, polityków i filmowców. Wiedziałam, że kiedyś takie znajomości mogą być przydatne.


Andreas dawał mi drogie prezenty. Pod jego wpływem stawałam się okropną materialistką. Jego obecność  miała na mnie zły wpływ. Musiałam przerwać tę znajomość do póki jeszcze miałam  siłę.


 Zakończyliśmy związek zostając przyjaciółmi. Kolejna próba zakończyła się porażką.                                                                                                                     

Po drodze miałam jeszcze kilka ulotnych znajomości i krótkich romansów. Nie dało mi to jednak szczęścia. Zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak. W końcu postawiłam  na karierę zawodową


Dwa lata upłynęły w ciągłym biegu. Wieczorami siedziałam przy lampce wina i dobrej książce. Często myślami wracałam do czasów liceum. Nie zważałam na to, że raniłam innych, byłam okropną egoistką.